piątek, 13 września 2013

Rozdział 9

  Kolejny tydzień był wolny od nudy. Cały czas miałam co robić. Rano wstawałam jako pierwsza i robiłam wszystkim śniadanie. Potem razem wychodziliśmy i w czasie kiedy pracowałam, Syaoran ze swoją świtą szukał pióra będącego fragmentem pamięci księżniczki Sakury. Dawałam im jeszcze prowiant na drogę i rozstawaliśmy się przy wyjściu z klatki. W gabinecie czas spędzałam na badaniach, wypełnianiu papierów i w wolniejszych chwilach szykowałam się do wywiadu z Oriharą. Nawet podczas przerwy na kawę myślałam nad różnymi rzeczami, które robiłam w życiu i wybierałam co mogę powiedzieć, a czego nie.
  Dochodziły też wydatki związane z wyżywieniem nowych lokatorów, a w szczególności chodziło o Kurogane. Ten facet zjada dwa obiady i narzeka, że jest głodny! Myślałam nad tym długo, aż wymyśliłam, że zacznę robić jadłospisy. Zawściekłam się i i zamiast całego obiadu w piątek zamówiłam pizzę.
  Jako, że wracam po 18:00, a moi współlokatorzy koło 19:30 miałam czas na tą kulinarną niespodziankę, nastawienie psychiczne na spotkanie z Kurogane i napisanie maila do rodziców, przyjaciółki i krótką rozmowę z Tokim i jego dziewczyną.
  Przyjechał dostawca.
  Kobieta w czarnym kombinezonie motocyklowym - a raczej czarno - granatowym, bo kostium ten wyglądał jakby na skórę tejże osoby wylano kilka puszek atramentu - trzymała w rękach dwa pudełka pachnące ciastem, sosem pomidorowym, mięsem, serem, ziołami i ananasem. Na głowie miała kask motocyklowy. Był żółciutki z przodu, niebieski z tyłu, u szczytu umieszczono wypuklenia przypominające kocie uszy i pod lewym uchem tegoż kasku widniała niebieska jak tył kasku, ozdobna litera ,,S". Szyba była przyciemniona, przez co nie widziałam twarzy tej postaci o pięknych krągłościach. W ogóle zdziwiło mnie, że nie zdjęła kasku.
- Dziękuję. - powiedziałam i zabrałam od niej pudełka, szybko odłożyłam je na stół i wróciłam z portfelem - Ile płacę?
  Kobieta wyciągnęła z rękawa komórkę z klawiaturą QUETRY i zaczęła na niej pisać. Zaraz pokazała mi ekran, na którym napisane było: ,,1095.74 yen" (*ok. 35 zł).
  Nieco zdezorientowana odliczyłam pieniądze i podałam je dostawczyni. Podziękowałam za szybką dostawę i patrzyłam jak postać schodzi po schodach bez pożegnania.
  Dziwne... Nawet bardzo.
  Zamknęłam drzwi, ale zaraz do domofonu zadzwonił Fay ze swoim radosnym ,,Wróciliśmy~!"
  Siadłam na stołku przy biurku, pudełka z ciepłą pizzą były zamknięte, z twarzą poważną jak u żołnierza szykującego się do obrony bazy czekałam na to, aż Syaoran, Fay, Mokona, Kurogane i księżniczka wejdą do środka.
  Weszli.
- Witajcie, jak było?
- Dobrze, Mokonie udało się wyczuć moc pióra ale nie udało nam się go znaleźć - odparł z zawiedzioną miną Syaoran.
  Zasiedli na kanapie.
- Co to? - zapytał ze znudzoną twarzą samurai.
- To jest pizza. Zanim zjemy muszę wam coś powiedzieć.
- Co takiego? - zdziwił się Fay.
- Co? Co? - ponaglała Mokona podskakując koło mnie na blacie biurka.
- Nie wiem jak jest u was, ale tutaj za wszystko się płaci. Przez ten tydzień - a się jeszcze nie skończył - wydałam na nas wszystkich więcej niż wydaję na siebie przez miesiąc. Dlatego ogłaszam surową dietę. Jemy to, co ja podam, bez dokładek i wybrzydzania. Czasy są ciężkie, a dopiero co zaczęłam nową pracę, więc na zaliczkę liczyć nie mogę. Jest nas sześcioro, dlatego każde z nas może zjeść najwyżej dwa kawałki pizzy.
- Co takiego?! - obruszył się Kurogane - Chyba sobie żartujesz! Jak mam być gotowy do walki będąc niedożywionym?!
  Westchnęłam z politowaniem.
- No niestety, ja w przeciwieństwie do ciebie, zjadłam dzisiaj na śniadanie tylko jedną kanapkę. Przykro mi, że nie jestem bogata. Chyba, że chcesz podjąć pracę i mi pomóc w zarabianiu na waszą piątkę. Same płatki dla Mokony wychodzą mnie ponad 300 jenów.
  Zamilkł.
  W ciszy zjedliśmy całe dwa placki, a Mokonie nasypałam jej płatków (żeby zaoszczędzić kupiłam jej w środę dużą paczkę płatek kukurydzianych i jogurty). Ciszę przerwała księżniczka patrząc na mnie zbolałym i pełnym zawstydzenia wzrokiem.
- Przepraszam, nie chcę sprawiać kłopotu...
- Właśnie, ja też nie chcę. - przytaknął Syaoran - Jak możemy ci wynagrodzić twoją dobroć?
- Szybko znajdźcie to pióro. Po za tym, to Kurogane - san jest największym wrzodem, nie wy.
  Westchnęłam.
- Co?! - zbulwersował się znowu.
- Haha~ Kuro - pon jest wrzodem~! - zaśpiewała Mokona, a ten złapał ją za uszy i targał nią na wszystkie strony wrzeszcząc donośnie pogróżki.
  Fay miał z nich świetny ubaw, Sakura pogrążona w swoich smutnych zamyśleniach błądziła wzrokiem po podłodze, a Syaoran z troską spoglądał w jej stronę.
  Co do mnie - miałam ochotę wyrzucić samuraja i Mokonę przez okno i przywalić im latarnią, która dalej leżała przewalona na chodniku... Nie ma to jak mieszkać z furiatem i chodzącym uosobieniem irytacji...
  W sobotę rano na śniadanie zrobiłam (po raz kolejny) kanapki z szynką i serem. - poszedł na to cały bochenek, ser i wędlina. Czyli znowu czekały mnie zakupy...
  Ehh...
  Ubrałam się w to, co jako pierwsze leżało w szafie, zrobiłam makijaż, uczesałam się i zaczęłam powtarzać sobie w głowie wszystko, co ustaliłam przez ostatnich pięć dni rozmyślań.
  Kurogane zajął się sprzątaniem, Sakura jak zwykle gdzieś odpłynęła w swoich myślach, a Syaoran patrząc gdzieś w niebo za oknem szeptał coś do siebie z poważną miną. Tylko wiecznie radosny Fay i wesolutka Mokona śpiewali cicho jakąś piosenkę, którą słyszeli na mieście.
  9:30 wszyscy opuściliśmy mieszkanie i umówiliśmy się, że spotkamy się jak zwykle - koło 19:30. Szłam w kierunku centrum, kiedy zadzwoniła moja komórka.
- Słucham?
- Witam, witam~! Czy mam już grzać herbatkę~? A może wolisz kawkę, Isozaki - chan~? - odezwał się Orihara tym swoim pełnym arogancji tonem.
- Jestem w drodze, nie bój się. - odpowiedziałam.
- To dobrze. W razie wątpliwości - bo sekretarek na week endzie nie ma w firmie - pokój 666 na ostatnim piętrze.
- Dobrze, pamiętam. Nie mam z tym problemów.
  Ten układ cyfr jakoś mi do niego pasował...
  Zaśmiał się - co mnie zirytowało już ,,na dzień dobry".
- Czekam~
  Rozłączył się.
  ,, Co za idiota..."
  Dzień był bardzo ładny, słonko przyjemnie grzało, wiaterek równie przyjemnie powiewał w cieniu. Simon rozdawał ulotki promujące sushi bar z promiennym uśmiechem, a rodzice z dziećmi spacerowali po skwerach.
  Wolałabym spotkać się z Heiwajimą zamiast siedzieć w jednym pomieszczeniu z Oriharą, jak więzień przesłuchiwany przez NKWD... Mam tylko nadzieję, że nie będzie mnie tłukł pałką, batem, kijem, podtapiał czy stosował przemoc psychiczną...
  ,,Boże, dlaczego tak się go boję?"
  To pytanie zmobilizowało mnie do zachowania spokoju, bo co taki chudy chłopina może mi zrobić? Pogrozi mi scyzorykiem?
  Dotarłam do wysokiego wieżowca, a raczej drapacza chmur. Z daleka wyglądał jakby był całkowicie zbudowany ze szkła i połyskiwał w słońcu jak wielki klejnot. W rzeczywistości był to nowoczesny budynek z białymi ścianami i szerokimi, wysokimi oknami. Wejścia, rozległego i ozdobionego przy krawędziach doniczkami z roślinnością wijącą się po cienkich kolumienkach, pilnowało dwóch mężczyzn z szerokimi barkami.
- W jakiej sprawie? - zapytał mnie jeden z nich, kiedy podeszłam bliżej.
- Jestem umówiona z panem Oriharą.
  Bez słowa ustąpili miejsca.
- Dziękuję. - rzuciłam i weszłam do środka.
  Hol był dość pokaźnych rozmiarów. Zbudowany na planie koła, wyścielony czerwonym dywanem i z recepcją na środku. Weszłam do stalowej windy i wcisnęłam guzik z liczbą 15. Z głośnika wydobywała się cicha muzyka fletu co mnie jeszcze bardziej rozluźniło. Wyszłam z windy i ruszyłam korytarzem w stronę gabinetu 666 mijając po drodze kilku ochroniarzy.
  Puk, puk, puk.
- Proszę! - rozległ się stłumiony głos.
  Nacisnęłam na klamkę i przekroczyłam próg.
  ...
  Gabinet Orihary Izayii był większy niż moje mieszkanie! Ba! To były cztery moje mieszkania! Wielkie pomieszczenie, dwupiętrowe, z wielkimi oknami rozpościerającymi się na panoramę miasta. Przy większości ścian stały półki obładowane książkami, drugie piętro nad nami pozbawiono podłogi, a przy ścianach pełnych regałów z różnymi katalogami i księgami biegł zawieszony w powietrzu korytarz z barierką. Przy oknach stało spore biurko z laptopem, lampką, klaserami i notatkami, a na krześle obrotowym siedział Orihara z wielce rozbawioną miną.
- Witam w moich skromnych progach. - powiedział spokojnie i wstał - Podoba ci się?
  Zamrugałam.
  Zanim zdążyłam odpowiedzieć moją uwagę przyciągnął spory pojemnik wypełniony zielonym płynem, a w nim ludzka głowa... Odcięta, kobieca głowa, stojąca między książkami na półce.
- C-co to jest?! - zapytałam cicho.
  I całą wcześniejszą odwagę szlak jasny trafił.
  Popatrzył na to, na co ja się właśnie gapiłam w osłupieniu i z bladością na twarzy.
- To tylko Celty. Przestraszyła cię? - wyglądał na poważnego, nie żartował - Piękna co? - popatrzył na mnie - Zbladłaś, wszystko w porządku?
  I nagle jakoś poczułam, że robi mi się słabo.
- Isozaki - chan? - zmartwiony ton głosu, objął mnie ramieniem i posadził na czerwonej kanapie w drugiej części pomieszczenia - Zaraz dam ci wody. - odszedł.
 Oparłam się i zaczęłam głęboko oddychać próbując nie wpadać w panikę...
  Ten facet trzyma na półce odciętą głowę?! Ludzką na dodatek?! Niczym trofeum widnieje na półce z zamkniętymi oczyma i pływa w zielonej cieczy!
  Oparłam się teraz łokciami o stół przede mną i złapałam za własną głowę, musiałam zebrać myśli, opanować się jakoś.
  ,,To tylko Celty..." - powtarzałam sobie w myślach aż Orihara wrócił z kubkiem zimnej wody. Napiłam się i poczułam się nieco lepiej, siadł koło mnie.
- Wszystko w porządku?
- Jak - ma być w porządku...? - zapytałam - Jak...?
  Wyglądał na nieco zirytowanego.
- Słuchaj, wiem co myślisz, ale to nie jest ludzka głowa.
- Nieeee... konia! - wyrwało mi się.
  Zaraz wstał i przyniósł pojemnik. Otworzył ją i wyjął z niego głowę. Wytarł ją papierowym ręcznikiem i mi podał, a ja trzęsącymi się rękoma chwyciłam ją w okolice skroni. Trzymałam w rękach CIEPŁĄ głowę kobiety.
- Popatrz na szyję. - polecił zirytowanym tonem.
  Odwróciłam ,,Celty" i zobaczyła, że zamiast mięsa, kręgów czy czegoś innego co widziałam w prosektorium na studiach, nie ma tam nic. Czarna przestrzeń, z której wydobywał się czarny dym bez żadnego zapachu. Niczym cień, w niewielkich ilościach wydostawał się na zewnątrz i rozpływał w powietrzu. A skóra była ciepła i delikatnie różowa, jak u żyjącej istoty.
  Popatrzyłam na Oriharę pytająco.
- Czym jest ta Celty?

~

  Udało się! Przepisałaaaaam~!
  Mam nadzieję, że się podobało i chcecie więcej ^w^
  Niestety nie wiem kiedy uda mi się dodać następny i proszę o cierpliwooooość ^^.
  Do zobaczeniaaa~!
  Katsumi ;)
Shizuo Heiwajima

czwartek, 12 września 2013

Zawieszenie anulowane!

Witam!
Oficjalnie ogłaszam, że zawieszenie bloga na czas nieokreślony zostaje anulowane~! Niestety ze względu na nowy rok szkolny i zbliżające się wielkimi krokami egzaminy nie będę w stanie dodawać notek tak często, jak bym chciała. :C
Postaram się w najbliższym czasie dodać Rozdział 9 i zadowolić Wasze spragnione dziwnych przygód umysły~
Do usłyszenia, Katsumi ;)