sobota, 29 marca 2014

UWAGA!!!

  Kochani, niestety zachorowałam (i to dosyć poważnie). Nie jestem w stanie przewidzieć czy będę w stanie cokolwiek napisać na blogu. Wysoko gorączkuję, jestem na diecie, bolą mnie mięśnie na całym ciele. Do tego wiele innych rzeczy o których wolę nie opowiadać... Dlatego proszę o cierpliwość i wyrozumiałość, gdyż może się skończyć na pobycie w szpitalu...
  Życzcie mi powrotu do zdrowia!
Katsumi.

wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 13

  Nim zacznie się rozdział chciałabym przeprosić za nieobecność. Luty ZAWSZE jest u mnie ciężkim miesiącem. Mam w rodzinie bowiem sporo urodzin, imienin i rocznic. Do tego doszedł bal gimnazjalny no i tak jakoś to wszystko wyszło. Na swoją obronę mam to, że w swoim zeszyciku z rozdziałami rozkwita rozdział 17!
  Wybaczcie mi, oto rozdział 13!

~

  Szłam spokojnie w kierunku biblioteki. Było trochę chłodno ze względu na północne wiatry płynące z Rosji. Przechodziłam właśnie przez skrzyżowanie w centrum miasta, gdy usłyszałam znajomy głos:
- Izayaaa!!!
  Odwróciłam się i zobaczyłam jak mój ukochany Heiwajima goni po ulicy śmiejącego się Oriharę. Ulicę. Perfidnie biegli między samochodami, zupełnie jakby w Tokio nie było chodników...
  Westchnęłam i poszłam dalej nie chcąc przeszkadzać mojemu furiatowi w codziennym trudzie oczyszczenia świata z tak wyjątkowo paskudnego szkodnika.
  Rozczulił mnie ten widok, ale musiałam pamiętać o swoim celu. Dopóki Orihara był zajęty uciekaniem i rozwścieczaniem Heiwajimy, ja mogłam spokojnie wędrować ulicami miasta. Miejska Biblioteka Publiczna w Ikebukuro to miejsce, w którym jeszcze nie byłam. Kiedy Orihara oprowadzał mnie po dzielnicy, powiedział, że choć nie jest wielkim archiwum to czasem da się znaleźć coś pożytecznego. Po za tym nie zaprowadził mnie pod sam budynek, więc musiałam pytać ludzi o drogę, ale i tak za każdym razem coś pokręciłam.
  Nigdy przedtem tak nie miałam. Przecież rozumiem kiedy do mnie mówią ,,idź w prawo, miń wieżowiec Animete, przejdź przez ulicę i za rogiem..." ... I kiedy szłam sobie przez zacienioną uliczkę przypomniała mi się pamiętna wycieczka do Warszawy, która odbyła się w gimnazjum. Był to wyjazd ,,Śladami bohaterów,,Kamieni na szaniec". Byłam w tedy z klasą w Mauzoleum Męczeństwa (pawiak), Muzeum Powstania Warszawskiego, Liceum imienia Stefana Batorego i na cmentarzu na powiązkach. Nigdy nie sądziłam, że męczeństwo moich dziadków przypomni mi się w takiej chwili, w każdym razie było bardzo miło, a zwłaszcza podczas czasu wolnego spędzonego w galerii ,,Arkadia". Rozwiązał mi się gorset w kociej bluzie kiedy niosłam tacę z McDonald's i szukałam znajomych, którzy mieli straszliwy ubaw z mojej nieporadności i ochrzcili mnie Błąkajką. Wybudziłam się nagle ze wspomnień kompletnie skołowana. Gdzie ja, u licha, jestem...?
  Środek dnia, ulica całkiem pusta, nikogo nie ma. Ponure bloki rzucały cień na całą uliczkę. Przez ten wszechobecny spokój i półmrok moje poczucie bezpieczeństwa zmalało o jakieś 30%. Aż wzdrygnęłam się słysząc za sobą:
- Ej! Lalunia!
  Odwróciłam się i zobaczyłam jak w moją stronę idzie pięciu mężczyzn... No może nie wszyscy byli dorośli, ale nie wyglądało to za ciekawie... Byli różni pod względem wysokości i szerokości, a każdy z nich miał na sobie wściekle czerwoną część garderoby. Jeden chustkę, drugi bluzę, trzeci opaskę na głowie, czwarty t-shirt z czerwonym żółwiem, a piąty kamizelkę.
- To nasz teren! - warkną do mnie facet stojący na czele, był łysy i na szyi nosił chustkę jakby chciał zrobić z siebie bandyte albo cawboy'a.
- Przepraszam, zabłądziłam.
Wszyscy zaśmiali się, lider ich uciszył, zacmokał i pokręcił głową z udawanym współczuciem.
- Biedactwo... Skąd mamy wiedzieć, że to prawda?
  O nie... Nie nie nie nie nie! Teraz to już co bym nie powiedziała, będzie źle. Ale co robić? Czułam jak wzrasta we mnie poziom adrenaliny.
- Nie chcę kłopotów. Szukam biblioteki. - Boże, jaka ja naiwna byłam...
- Wyglądasz mi na Dollara.
  Zamrugałam kilkukrotnie.
- Nie jestem żadnym Dollarem. Po prostu...
- Brać ją.
  Nim zdążyłam zareagować, dwoje najwyższych z nich zablokowało mi drogę ucieczki, a niski, młody chłopak wymierzył mi cios z pięści pod żebra, w czego wyniku zgięłam si ę wpół i upadłam na kolana kasłając. Jeden z dryblasów złapał mnie za włosy i szarpnięciem uniósł twarz do góry. Ten sam młody chłopak wymierzył mi cios w twarz.
- Czego tu szukasz, nie licząc biblioteki. - zaśmiał się łysy człowiek.
  Byłam w szoku. Przebywając w środowisku ludzi spokojnych i inteligentnych zapomniałam o zagrożeniu ze strony ludzi o rozumach prostych, którzy znajdą sobie wiele pretekstów byle zrobić coś, co zrobić chcą. Ci goście mogli mnie zabić! Weszłam niechcący na terytorium jednego z gangów, nie miałam na sobie nic, co by się rzucało w oczy. Cóż... Dollary i tak nie mieli koloru... Zaszła pomyłka przez którą czułam ogień w płucach i na twarzy. Chociaż... Jakby się zastanowić, to rano jeden dzieciak chciał mnie zwerbować w szeregi Dollarów. Czyżby była to sprawka Orihary?
- Naprawdę się zgubiłam! Mieszkam tu od tygodnia! - broniłam się rozpaczliwym głosem.
- Aaa... Świeża sztuka, co? - zadrwił sobie przywódca i pochylił się nade mną łapiąc w lepkie łapy moją brodę - Niebrzydka jesteś. Chłopcy? - zwrócił się do swoich towarzyszy - Chcecie się zabawić?
  Aż mi się słabo zrobiło.
  Pięciu facetów...
  Bożę! Człowiek przez lata chowa swój najskrytszy skarb by oddać go mężowi jako dowód bezgranicznej miłości, aż tu pojawia się kilku bandytów, którzy... którzy... Nieee... Aż brak mi słów! I jeszcze ten chłopiec ze stacji metra, który mówił mi: ,,Czerwień cię zniszczy..."
  Dlaczego wszystko tak ładnie mi się łączy w całość? Orihara zapewnił sobie solidne alibi, podejrzewał, że usłyszę jak Heiwajima wykrzykuje jego imię. Czyli teoretycznie nie miałby z tym nic wspólnego. Wśród bandytów jest młody chłopak, z młodym chłopakiem prawdopodobnie też pisałam rano...
  ,,Niech no ja dorwę tego Oriharę to mu nogi przy samej szyi urwę!"
  Zamknęłam oczy nie chcąc patrzeć na twarze tych zwyrodnialców. W duchu zaczęłam wznosić modlitwy do nieba. Modliłam się o to, by umrzeć nim stanie się najgorsze... Tak. Wolę śmierć niż pohańbienie.
  Poczułam, że mnie podnieśli. Otworzyłam oczy chcąc zorientować się co się dzieje. Wszystko działo się na ulicy, wnieśli mnie więc do jednego budynku i ciesząc się planowali co mi zrobią. A wszystko ku uciesze Orihary. No teraz to się wkurzyłam. Przypomniałam sobie jego twarz, to w jaki sposób się śmiał. Wezbrała we mnie wściekłość, wymierzyłam niosącemu mnie facetowi kopniaka w podbrzusze i podjęłam próbę ucieczki. Jeden z nich miał przy sobie broń, strzelił mi w brzuch, ale nie zdołali mnie dogonić. Uciekałam wgłąb korytarza brocząc krwią. Na dodatek odnowił mi się uraz skręconej niegdyś kostki. Kulejąc dopadłam drzwi i wybiegłam na podziemny parking. Dostawiłam pod drzwi krzesło blokując nim klamkę i podeszłam do słupa z literą ,,B''. Musiałam zdjąć z siebie tunikę i zawiązałam ją sobie jako prowizoryczny opatrunek uciskowy. Zaczęłam kuśtykać między samochodami, jednak nie dałam rady wydostać się z parkingu. Usłyszałam trzask wyłamywanych drzwi akurat kiedy odpoczywałam koło słupa z literką ,,F". Wczołgałam się pod Hondę z wysokim zawieszeniem i wyciągnęłam z trzymanej kurczowo torebki telefon. Byłam na tyle przytomna by jej pilnować... Na szczęście. Odruchowo wybrałam numer do mamy, ale przypomniałam sobie, że nie może mi pomóc będąc w innym kraju. Weszłam więc w kontakty i z bijącym sercem zaczęłam czytać listę kontaktów.
  ,,Heiwajima" - przeczytałam w myślach i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
  Pip...
  Pip...
  Pip...
- Halo? Przepraszam Isozaki - san. Goniłem Izayę... - jego głos był miodem dla moich uszu. Poczułam się bezpieczniej, ale zaraz usłyszałam głosy najemników Orihary.
- Jest on tam jeszcze...? - zapytałam szeptem.
- ...Izaya? Czemu szepczesz?
- Jest tam...?
- Nie. Po co ci Izaya?
  Zaszlochałam cicho, ale musiałam się opanować. Ból przeszywał moje ciało, byłam zrozpaczona.
- Isozaki - san! Co się dzieje?!
- Heiwa-jima... Ja...
- Kiepsko cię słyszę! Możesz głośniej? Isozaki co się dzieje?!
- Parking... Pod ziemią... Pomóż mi...
- Ale gdzie?! - po jego głosie czułam, że zaraz pobiegnie w wskazaną stronę taranując wszystko i wszystkich po drodze.
- Nie wiem... Boże... - szepnęłam płaczliwie.
- Isoza...!-Abonent poza zasięgiem...
  No i pięknie. Padł mi zasięg, akurat w takim ważnym momencie! A chciałam jeszcze powiadomić policję... W zasadzie to powinnam najpierw powiadomić właśnie ich... Niestety zapomniałam numeru alarmowego służb ratowniczych w Japonii, bo przecież 998 nic by mi nie dało.
- Idioci! Znajdźcie ją! Nie może nam uciec!
- Staramy się!
- Patrzcie pod samochodami! Może się wczołgała!
  Serce podeszło mi do gardła. Aż tak bardzo im zależy?! Ile ten przeklęty Orihara za mnie dał?! Chryste!
  Wpadłam w obłęd, przed oczami zobaczyłam całe swoje życie. Rodziców, przyjaciół, wrogów, dni lepsze i gorsze. Uśmiech Heiwajimy, ciepły rosołek mamy, klasowe wycieczki, depresje, pierwsza manga, którą kupiłam w empiku, zabawy na placu zabaw, westchnienia na sprawdzianach, trudy pracy, dyplom po skończeniu studiów, marzenia dziecięce i obecne. Nie potrafiłam powstrzymać łez. 
  ,,Mam przecież dopiero 28 lat! Całe życie przede mną! Wiek nastoletni poświęciłam na naukę, a teraz przychodzi mi płakać pod autem! Czemu tak okrutna czeka mnie kara?! Za co?! Jak przeżyję to osobiście przywalę temu skurwielowi w twarz!"
  Przez kolejnych 5 minut widziałam przed sobą tylko trzy perspektywy na dalsze chwile życia:

1. Pięciu napotkanych wcześniej zwyrodnialców znajduje mnie i kontynuuje podjęte wcześniej działania.

2. Nie znajdują mnie, pilnują parkingu, umieram z wyziębienia, głodu i wycieńczenia.

3. Heiwajima wpada na parking, zabija całą piątkę niszcząc na 96% część parkingu (lub cały).
  
  Nagle usłyszałam niepokojącą ciszę.
- A wy tu czego?!
- Kolega zgubił klucze! Pomagamy mu szukać!
  Ktoś jeszcze wszedł na parking... Tylko akcent jakiś taki... Niemiecki.
- Jakie klucze? Zaraz pomożemy!
- Nie trzeba! Poradzimy sobie!
- Na pewno? - odezwał się drugi nieznany głos.
  Czyli przybyszy było dwóch.
- Tak! Idźcie panowie!
  Nie mogłam zrujnować tak idealnej szansy na ratunek. Mogli przynajmniej wezwać policję. Nie czekając na dalszy bieg wydarzeń sięgnęłam po wiedzę z lekcji języka niemieckiego w liceum.
- Mir helfen! Mir helfen! - zaczęłam wychodzić spod auta i rozglądać się panicznie - Bitte! Mir helfen!
  Uniosłam oczy do góry, ku mojemu zaskoczeniu nade mną stało dwóch Niemców, zszokowanych i przerażonych.
- Tam jest! - krzykną przywódca - Brać ją!
- To są wasze klucze, taaaaaaak?! - mężczyzna o niezwykle jasnych, blond włosach złapał mnie na ręce - Ludwig!
- Ja, Bruder! - drugi, wyższy z blond włosami na żel zaczesanymi do tyłu ruszył na całą piątkę.
- Danke! - zapłakałam obejmując szyję brata Ludwiga. - Danke!
- Jetzt, jetzt... Ruhig. (*Już, już... Spokojnie)

~

  Konieeec!
  Ależ dramatycznie! Mam nadzieję, że się podobało. Wkrótce rozdział 14! Czekajcie cierpliwieee! 
  Arigatou!
  :3
Gilbert Belschmidt - by Himuraya Hidekaz