środa, 1 października 2014

Rozdział 17

  Fay patrzył na mnie przez chwilę jakby plątał się we własnych myślach. Po chwili westchną, na jego twarzy wymalował się grymas smutku.
- Wybacz mi... Nie mogę ci powiedzieć. Nikomu nie mogę.
  Zirytowałam się.
- Dlaczego ukrywasz swoją prawdziwą naturę? Czy twoi przyjaciele nie zasługują na to by znać prawdę?
- To nie są moi przyjaciele. Nie wolno mi się z nikim wiązać, w żaden sposób.
- Fay... - wycedziłam opanowując emocje. - Bez względu na to gdzie i z kim się znajdziesz, będziesz się do tej osoby przyzwyczajał, przywiązywał.  To, że jesteś magiem z innego świata, nie znaczy, że jesteś innym człowiekiem niż ja, czy ktokolwiek inny w moim świecie. To co robisz tylko wpędzi cię w depresję. Wiem co mówię. też kiedyś izolowałam się od ludzi i do niczego dobrego to nie doprowadziło.
- Kamilo... Mam tego świadomość.
- Dobra, nie szanujesz siebie, ale pomyśl o innych! Nie pomyślałeś, że możesz ranić kogoś zachowując się w ten sposób? Nie wiem jak jest w twoim świecie, ale u mnie to się nazywa dwulicowość!
  Chyba udało mi się wzbudzić w nim trochę poczucia winy, zwiesił głowę i zacisną pięści. Zaraz podniósł wzrok i powiedział:
- Dziękuję za twoją troskę, ale jestem już dorosły, moi towarzysze też. Myślę, że najlepiej będzie jeśli ty zajmiesz się swoimi, a my swoimi sprawami.
  Myślałam, że zaraz wybuchnę. Pchnięta emocjami uderzyłam go otwartą dłonią w policzek.
- Myślisz, że mi nie zależy żebyście znaleźli to cholerne pióro?! Że nie przeżywam tego co się z wami dzieje?! Że nie angażuje się emocjonalnie?! Martwię się o was! Myślę, że zasługuję na odrobinę szczerości! - wyszłam z łazienki zła i obrażona.
  Kurogane chciał coś powiedzieć, ale rzuciłam mu gniewne spojrzenie. Uznał, że lepiej się nie odzywać. Zarządziłam spanie. Samuraj próbował szeptem dowiedzieć się o co nam poszło, ale go uciszyłam. Próbowałam zasnąć, jednak pół nocy wierciłam się w pościeli.
  Cały tydzień chodziłam rozdrażniona. Heiwajima nabrał nawyku nawiedzania mnie podczas przerw w pracy, ale nawet jego obecność zaczęła mnie trochę przytłaczać. Stres i schematyczność każdego dnia doprowadzały mnie do szału, na dodatek nie wiedziałam co się dzieje z Oriharą. Fay uparcie udawał, że nic się nie stało, próbował być wesołym i pogodnym sobą ale spławiałam go i ignorowałam jego wygłupy. Nareszcie jednak nadszedł błogosławiony piątek. Stwierdziłam, że powinnam się trochę odprężyć i weszłam do najbliższej kafejki internetowej o nazwie NetCaffé. Weszłam na chat aby wypłakać się przyjaciółce, może tym razem odpisze...? Niestety tak się nie stało, nie odpowiadali nawet znajomi ze starej pracy. Nie ma to jak czuć się osamotnionym w środku kilkumilionowego miasta... Nagle w pokoju chatu pojawił się niejaki Setton:

Setton: Dzień dobry.
Katsus: Dobry...

  Nie ma to jak czytający w myślach nieznajomy rozmówca!
Zawsze możesz się wypłakać!

Setton: Coś cię martwi?
Katsus: Wiele rzeczy... Zbyt wiele jak na moją biedną głowę.
Setton: To zrozumiałe, nikt nie ma lekko.
Katsus: Tak, ale nie każdy ma problem z prześladowcą i lokatorami... No i żaden znajomy się nie odzywa, nawet rodzina.

 Nastała chwila ciszy.

Setton: Przepraszam... Kamila? To ty?
Katsus: Tak... A ty to kto?
Setton: Celty. Gdzie jesteś?

  Jezu, zapomniałam o Celty. Nordycki kosiarz jako jedyny o mnie pamięta...? 

Katsus: Jestem w NetCaffé w Shinjuku.
Setton: Zaraz po ciebie będę. Wyjdź na ulicę.

  - Setton opóścił pokój -
  - Czatroom jest pusty - 

  Wyszłam z budynku i zaczęłam wypatrywać czarnego motoru. Boziu, chociaż na Celty mogłam liczyć... Nigdy bym się nie spodziewała, że będę pragnęła przyjaźni demonicy. Chociaż... Trudno ją sklasyfikować... Kiedy tak stałam na ulicy nagle zaczęłam zastanawiać się dlaczego interesują się mną raptem trzy osoby: Celty, Heiwajima i Sebastian. No tak! O nim nie wspomniałam. Otóż cały ten tydzień starał się jakoś spotkać ze mną sam na sam, ale za każdym razem kiedy się pojawiał, Heiwajima już był na miejscu. To było dziwne, a mój chłopak w cale nie ukrywał zazdrości i co chwila dopytywał się czy mnie nie nawiedza. Nie mam pojęcia co nagle ugryzło Michaelisa, ale mam niepokojące przeczucie, że mogłam wpaść mu w oko. W tedy to dopiero byłaby wojna w Tokio...
  Pojawiła się! Zatrzymała się przy krawężniku i rzuciła mi drugi kask. Ewidentnie chciała mnie gdzieś zabrać. O nic nie pytając nałożyłam smolisty hełm i usiadłam za nią. Przywitałam się tylko i zapytałam zapinając kask pod brodą:
- Dokąd jedziemy?
  Zaraz wyświetliła na ekranie odpowiedź.
  ,,Do twoich lokatorów. Są w niebezpieczeństwie i tylko ty możesz ją powstrzymać. Kazała po ciebie pojechać."
  ,,Ją"? Jaką znowu ,,Ją"?
  Zanim zadałam to pytanie przód motoru uniósł się niczym koń stający dęba, a w powietrzu rozniosło się echo rżenia. Zupełnie jakby głos zwierzęcia dochodził z zaświatów. Objęłam Celty w pasie i patrzyłam na zamazane obrazy, które mijałyśmy.
  Podczas jazdy zastanawiałam się o co może chodzić z tą tajemniczą postacią, która życzyła sobie mnie przywieźć. Mam nadzieję, że to nie jest kolejna istota obdarzona paranormalnymi mocami, która oświadczy mi, że mam jakieś ważne zadanie do wykonania... Dlaczego właśnie ja? Dlaczego nie Heiwajima, Simon, albo ktokolwiek inny tylko nie ja? Czy będzie mi jeszcze dane zaznać spokoju? Jak nie praca i pogoń za pieniądzem, to tajemnicze postaci chcące mnie zabić... Ciekawe jakim sposobem Celty wytropiła mnie na chatcie... Może demony mają coś takiego w standardzie?
  W końcu po niedługim czasie dotarłyśmy na miejsce. Zsiadłam powoli z maszyny, nieco oszołomiona, a dullahan tymczasem zaparkował wierzchowca za kontenerem w ciemnej uliczce. Spojrzałam na drugą stronę ulicy, a tam wznosił się wysoki budynek, w którym mieściło się biuro Orihary Izayii... Bliskość tego budynku nie wróżyła niczego dobrego.
- Muszę jej jeszcze powiedzieć, że walczą z demonem podobnym do mnie...
  Usłyszałam poddenerwowany, niezwykle kobiecy głos dochodzący zza mnie. Popatrzyłam pytająco na Celty.
- Mówiłaś coś?
  Przestała pisać na klawiaturze telefonu i kask - niby głowa - uniósł się i znowu usłyszałam ten sam głos. Tylko w intonacji rosnącej.
- Ja? Słyszysz mnie?
- Tak... - aż się uśmiechnęłam. - Mokona musi być blisko. Jednym z jej ukrytych talentów jest tłumaczenie mowy wszystkich istot tak, by każdy się z każdym zrozumiał.
- Niesamowite... W każdym razie, lepiej już chodźmy.
  Złapała mnie za rękę i wbiegłyśmy w ciemną uliczkę gdzie przy ścianie bloku pięły się metalowe schody prowadzące aż na dach. Zaczęłyśmy się wspinać, w międzyczasie dopytałam się Celty kim jest przeciwnik.
- To demon, bardzo wygłodzony. Drugi jest młodszy ale i silny. Nie jestem w stanie sobie poradzić z nimi oboma dlatego wezwałam pomoc. Wszyscy walczą o dostęp do jakiegoś cennego pióra.
  Przytaknęłam ze zrozumieniem. Czyli to ta istota, która wcześniej spowodowała u Syaorana kontuzję kostki. Wkroczyłyśmy na dach i ujrzałam obraz walki.
  Kobieta w obcisłym kombinezonie motocyklowym i kasku robiła uniki przed mieczem Kurogane i zwinnymi ciosami Fay'a, księżniczka Sakura siedziała blisko krawędzi z rękami przyłożonymi do serca, a Syaoran odciągał od niej drugą postać... Postać dzieciaka. Tego samego dzieciaka, którego spotkałam pewnego dnia w metrze. Chwilkę... Jak mu było na imię... A! Ciel! A z koro to Ciel, to ową demonicą musi być Sabine.


Krótka analiza mojej obecnej sytuacji:

1. Mam powstrzymać demony.
2. Jeden z demonów jest siostrą mojego kolegi z pracy.
3. On też jest demonem.
4. Nagłe zainteresowanie Sebastiana może być spowodowane głodem.
5. W mieszkaniu braci Belschmidtów prawdopodobnie któreś z nich mieszało mi w głowie.

  Kask podarowany mi przez Celty nagle zmienił kształt. Zdziwiona dostrzegłam, że był to teraz krzyż z ostro zakończonymi ramionami i trzonem. Popatrzyłam na nią pytająco.
- Cóż. Możesz odprawić jakiś egzorcyzm. Krzyż się przyda... Tak myślę.
- ... Ehm... Egzorcyzm?
- Chyba jakiś znasz. Jesteś chrześcijanką, prawda?
- No, no tak... Chwilkę... No tak, jeden pamiętam...
- No to ruszaj.
- Jesteś pewna...? A jeśli tobie coś się stanie?
- Odwróć najpierw ich uwagę, a ja zabiorę twoich przyjaciół na dół.
- Łatwo powiedzieć! Jak mam to zrobić?
- Zaatakuj tą kobietę, jest słabsza. Jeśli tego nie zrobisz to oni zginą...
  Popatrzyłam na walczących. Przebyli tak długą drogę... Determinacja z jaką Syaoran przeciwstawiał się silniejszemu przeciwnikowi wzbudziła mój podziw. Z koro archeolog może, to dentystka też... Zacisnęłam mocno dłonie na trzonku krzyża i zaczęłam biec w kierunku Sabine. Jak najciszej, czułam jak serce podskakuje mi do gardła, jak krew pulsuje w żyłach. Już nie mogłam się cofnąć. Fay zobaczył mnie kiedy byłam tuż za demonicą.
- Nie...! - krzykną.
  Tym samym ostrzegł przeciwniczkę, ta odwróciła się, lecz byłam na tyle blisko by wziąć zamach i uderzyć ją ramieniem krzyża w kask, który pękł i upadł na ziemię. Demonica cofnęła się o krok, patrzyła na mnie czujnymi, błyskającymi fuksją oczami. Poczułam ten przypływ adrenaliny i wcisnęłam ostrą nasadę swej broni w klatkę piersiową potwora i agresywnym szarpnięciem wyciągnęłam ją z jej ciała...
  Krew... Krew trysnęła z tętnicy oblewając całą moją twarz, ręce i ubranie. Stanęłam oszołomiona i patrzyłam na spokojne oblicze demona. Stałam twarzą w twarz z okrutną bestią, która mogła w każdej chwili mnie uśmiercić. Mając czarny krzyż nad sobą impulsywnie jeszcze raz zatopiłam trzonek w ciele przeciwniczki, która tylko skrzywiła się z bólu i nieco zgięła... Dotarło do mnie co zrobiłam. I co ja sobie myślałam? Nic! Nie myślałam! Dałam się ponieść, a teraz zginę! Trzęsącymi się rękoma nadal trzymałam oręż i patrzyłam w oczy, które nagle złagodniały. Rysy twarzy zmieniły się, stały się bardziej męskie. Stałam przed Sebastianem...
- Powiedz... Jak to jest po raz pierwszy zatopić w kimś ostrze?
  Puściłam się i cofnęłam kilka kroków.
- Sebastianie! - usłyszałam krzyk dzieciaka. - Na co czekasz?! Dlaczego ona jeszcze żyje?!
  O nie... Chwila... Miałam coś zrobić, tak, ale co? Coś powiedzieć? Powiedzieć. Ale co? Co mam powiedzieć?! Egzorcyzm!
- ,,Żywy płomieniu niepokalanego serca Maryji oślepiaj szatana"! - krzyknęłam, a potem powtórzyłam to zdanie jeszcze kilka razy cofając się ostrożnie do tyłu. Obserwowałam ich uważnie, nie stało się nic spektakularnego, jedyne co, to zauważyłam, że ich oczy zaszły mgłą.
- Sebastianie! Sebastianie?! Co się dzieje?!
- Spokojnie, paniczu. To tylko egzorcyzm oślepiający.
- Sebastianie pomóż mi!
- Niestety nie widzę cię, paniczu.
  Nie rozumiałam dlaczego uśmiechał się odpowiadając na pytania Ciela. Chłopiec miotał się po dachu, a recepcjonista stał spokojnie i patrzył przed siebie. Czy ja go rozśmieszyłam? Co go tak bawiło? Nie wiedziałam co powinnam zrobić, zaraz jednak ktoś chwycił mnie za ramię. Odwróciłam się, to była Celty.
- Szybko, na dół!
  Zbiegła ze mną po schodach, gdzie czekała już reszta drużyny. Księżniczka łkała w ramionach młodego archeologa, który patrzył na mnie z wdzięcznością, Kurogane skłonił się nisko dziękując, a Fay zdjął z siebie płaszcz i mnie nim otulił.
- Mokona tak się cieszy~! Mokona i przyjaciele uratowani~! Mokya~! - stworzonko wskoczyło mi na ręce i zaczęło wycierać mi twarz chusteczką. - Bohaterka~!
  Uśmiechnęłam się słabo. Fay unikał mojego spojrzenia ze smętną miną, a Syaoran uśmiechną się pewnie.
- Nie martw się. Już jutro zdobędziemy pióro.
  Ucieszyły mnie dobre wieści.
- Wiecie gdzie jest?! Naprawdę?!
  Kurogane wskazał na wysoki, oszklony budynek.
- Mokona tam wyczuła pióro. To jest nasz cel.
  Momentalnie poczułam jak ziemia pęka mi pod stopami. Wskazał bowiem, na biuro Orihary Izayii.

~

  Konnichiwa~!
  Nareszcie napisałam~!
  Wiem, wiem, jesteście pewnie zirytowani, ale mam nadzieję, że wydarzenia ukazane w tym rozdziale zrekompensują wam, wasze dłuuuugie oczekiwania! Niestety nie wiem kiedy ukarze się rozdział 18, ale sama mam nadzieję, że jak najprędzej! *^^*

P.S. Ten egzorcyzm dostałam od księdza proboszcza na wizycie duszpasterskiej, żeby nie było xDDD (chcą mnie egzorcyzmować *3*)

DO ZOBACZENIA!!!

Sebastian Michaelis <3

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz